TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Takie role są mi pisane - rozmowa z Małgorzatą Rożniatowską

Takie role są mi pisane - rozmowa z Małgorzatą Rożniatowską Data publikacji: 2019-01-15

Popularność i sympatię widzów przyniosły jej role Kleczkowskiej w „Złotopolskich” i Kisielowej w „M jak miłość”. 25 stycznia na ekrany kin wchodzi komedia „Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3”, w której wciela się w Goździkową - postać równie barwną i charakterystyczną jak jej najbardziej znane serialowe wcielenia.

Czy ma pani fanklub, do którego można się zapisać?
Nic mi o tym nie wiadomo. Chociaż cieszę się sympatią widzów, którą odczuwam szczególnie ostatnio, po emisji odcinków „M jak miłość”. Spotkałam się z wieloma opiniami, że wątek, w którym moja bohaterka, Kisielowa, śledziła złodziei, był świetny.

Jako dziennikarz miałem przywilej obejrzenia przed premierą filmu „Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3”, w którym wciela się pani w Goździkową. Jestem przekonany, że grono pani fanów jeszcze się powiększy, bo zagrała pani fantastycznie!
Dziękuję. Jeszcze nie widziałam filmu i co gorsza nie obejrzę go również podczas premiery, która odbędzie się 22 stycznia, dlatego że gram w tym czasie przedstawienie „Wizyta starszej pani” w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Przyjdę trochę później, ale na szczęście ludzie z produkcji obiecali mi, że pokażą mi film wcześniej, żebym wiedziała, o co chodzi (śmiech).

Goździkowa to charakterystyczna postać komediowa, która nieco przypomina temperamentem Kisielową z „M jak miłość” i Kleczkowską ze „Złotopolskich”.
Takie role są mi chyba pisane (śmiech). Bardzo je lubię, chociaż przyjemność sprawia mi również granie w dramatach. Ostatnio w teatrze występuje w spektaklach o mocniejszej tematyce, dawno nie występowałam na scenie w komedii.

Przed laty, w filmie „Galimatias, czyli Kogel Mogel 2” w Goździkową wcielała się Stanisława Celińska. Czy odnosiła się pani na planie do tego, jak grała tę postać?
Szczerze powiedziawszy mam żal do ludzi z telewizji, że stosunkowo rzadko puszczają tę część filmu. Pierwszą („Kogel Mogel” - przyp. aut.) znam na pamięć, a drugą widziałam może dwa razy. Bardzo mi się podobała, ale niewiele z niej pamiętam. W związku z tym nie mogłam się odnosić na planie do tego, co było. Paweł Nowisz, mój filmowy małżonek (Goździk – przyp. aut.), który grał w „Galimatias, czyli Kogel Mogel 2”, trochę mi opowiadał, jak było przed laty. To niby te same postacie, ale zawikłane w inne sytuacje. W poprzedniej części byli kąśliwymi komentatorami rzeczywistości, a tym razem biorą czynny udział w różnych wydarzeniach (śmiech).

Pani bohaterka pali nawet marihuanę! Czy ma pani z nią jakieś doświadczenia?
Żadnych. Powiedziałam reżyserowi (Kordian Piwowarski – przyp. aut.), że niestety jeśli chodzi o używki akurat tej nie znam. Alkohole tak, papieroski owszem, ale w kwestii działania marihuany nie wiem nic. A on powiedział, oczywiście żartując: nic się nie martw, ja ci wszystko powiem (śmiech). Kordian to fantastyczny chłopak, bardzo się przykładał na planie. Teraz bardzo lubię dwóch Piwowarskich, bo z jego ojcem, Radosławem, świetnie dogadywałam się na planie „Złotopolskich”.
Pierwsze dwie części filmu widzowie wspominają do dziś. Długo czekali na trzecią, która teraz trafia do kin, w związku z czym mam dużą tremę.

Czy widzowie będą też wspominać rządy Kisielowej w roli sołtysa?
Fani „M jak miłość”, którzy myśleli, że nic jej się nie będzie udawało, mogą być zaskoczeni. Na razie, o dziwo, Kisielowa poważnie wzięła się do roboty i nawet odnosi sukcesy! Sprawdza się w roli sołtysa, załatwia różne sprawy dla mieszkańców. Świetnie sobie radzi, z czego jestem bardzo zadowolona. Oczywiście w koło będą różne afery, ale to w przypadku Kisielowej normalne. Będzie miała pomysł, by odpuścić pracę w sklepie i przekazać zarządzanie nim Weronice (Marta Wiśniewska – przyp. aut.), ale chyba z niego zrezygnuje, bo przecież w tym miejscu można się wszystkiego dowiedzieć (śmiech)

A jak będą układały się jej relacje z ukochanym?
Niby wszystko idzie w dobrym kierunku, Robert (Krzysztof Tyniec – przyp. aut.), będzie się starał, ale pojawią się zgrzyty. Ostatnio nagrywaliśmy scenę z nieudaną próbą zaręczyn. Powiedziałam Krzyśkowi Tyńcowi, że dobrze, że się tak skończyło, bo gdyby nasi bohaterowie żyli długo i szczęśliwie, byłoby nudno dla widzów. Z drugiej strony są taką parą, że chyba o stabilizacji nie może być mowy (śmiech). Niedawno dostałam nowe scenariusze; okazuje się, że Robert nie odpuści. Zobaczymy, może niedługo będzie ślub.

Spotkaliśmy się w warszawskim teatrze Polonia, zaraz ma pani próbę do nowego spektaklu „Wania, Sonia, Masza i Spike”. Opowie mi pani o nim?
Ten spektakl to dywagacje amerykańskiego autora (Christopher Durang – przyp. aut.) na tematy Czechowowskie, próba przełożenia jego sztuk na współczesny język. Bohaterami są Wania, Masza, Nina, jest wiśniowy sad. To bardzo interesujący, ale i trudny spektakl. Gram w dublurze z Jowitą Budnik postać, której nie ma u Czechowa, mianowicie służącą Kasandrę, która wieszczy. Piętnastego stycznia odbyła się premiera, ja zagrałam pierwszy raz dwa dni później. Nie wiem dlaczego, ale im dalej w las, im jestem starsza, tym bardziej stresuję się przed premierą.

Pod koniec roku miała pani zdjęcia do „Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3” i próby do spektaklu. Znalazła pani chwilę, żeby pomyśleć o postanowieniach noworocznych?
Sylwestra spędziłam w Teatrze Dramatycznym, gdzie jestem na etacie, ale nie mam czasu chodzić na przedstawienia, w których nie występuję. Poszłam z przyjaciółką na „Kinky boots”. Spektakl skończył się dziesięć minut przed północą. Potem był kieliszek szampana z aktorami, ale przyjaciółka mnie wyciągnęła wcześniej, bo gdybym zaczęła rozmawiać z kolegami, wyszłybyśmy o pierwszej. Patrze na zegarek, jest za pięć dwunasta! Szybko rozłożyłam bufecik na schodkach Pałacu Kultury i Nauki, przy rzeźbach robotników. Miałam małego szampana, kubeczki, słoiczek ze śledzikami i widelczyki. Punkt dwunasta napiłyśmy się szampana i przegryzłyśmy go śledziem. Przez to wszystko zapomniałam pomyśleć o postanowieniach noworocznych, ale może to i dobrze (śmiech).

Śledziem? (śmiech)
Proszę się nie śmiać! Ten przepis na szczęście dostałam przed wielu, wielu laty od Grażyny Wolszczak. Spędzałyśmy kiedyś Sylwestra w Teatrze Rozmaitości. Zegar wybija dwunastą, rozglądam się, pięćdziesiąt osób trzyma kieliszek szampana i śledzia na widelcu! Mówię do Grażyny: Zobacz. A ona spokojnie, bo jest optymistką, odpowiedziała: Starczy dla wszystkich. (śmiech). Przestrzegam tej tradycji, choć nie wiem, czy mi coś polepsza w życiu, ale zawsze może być gorzej, prawda?

Rozmawiał: Kuba Zajkowski

REKLAMA